Osobiście - nigdy nie przepadałam za pierścionkami. Owszem, podobały mi się u kogoś, ale sama nosiłam je rzadko (do czasu zaręczynowego). Zbyt wiele rzeczy rączkami cudowałam, żeby je dodatkowo czymś obciążać :-). Od dnia ślubu oprócz obrączki nie noszę nic.
Miałam okazję zrobić kilka pierścionków na zamówienie, głównie w technice wire wrapping, jednak poszły w świat i słuch po nich zaginął...
Ostatnimi czasy moją uwagę zaczęły przyciągać coraz to większe, niepraktyczne, ale przepiękne pierścionki klientek.
I skusiłam się. Znów na sutasz. Zakupiłam regulowane bazy do pierścionków, żeby się już z drutem nie bawić, bo sama technika sutaszowa jest niesamowicie czasochłonna i 'machnęłam' trzy pierścioneczki. Pierwszy, w zieleni, długo w pracowni miejsca nie zagrzał.
Drugi - przymierzyłam raz, drugi, trzeci... Tak się zgrał z cytrynowym lakierem do paznokci, którym wyjątkowo pokryłam pazurki (korzystając z kilku dni odpoczynku od decoupage'u), że został już u mnie na palcu. Mój ci on będzie i już:


Mogę jednak zrobić taki drugi, a więc umieszczam go w sklepiku internetowym. A nuż komuś wpadnie w oko.
No i trzeci, w czerwieni, z masą perłową i perełkami:


Są duże, ale lekkie i płaskie, nie odstają od palca i nie haczą jakoś specjalnie. Idealne na wieczór...
Rozmiar pierścionków jest regulowany.